Szkolny system oceniania – czy działa?

Temat który pragnę opisać jest tak pojemny, że trudno mi zdecydować od czego zacząć. Może od tego, że każde dziecko w “placówce oświatowej” jest w jakimś stopniu oceniane przez swoich opiekunów. Pozytywnie, negatywnie, neutralnie.

Zasady kierujące tą skomplikowaną i niesłychanie rozbudowaną machiną są z jednej strony bardzo sformalizowane, bo wszystkim chodzi o transparentność owego systemu, z drugiej strony szalenie nieostre.

Celem niniejszego artykułu jest krótkie przedstawienie i opisanie systemu oceniania w szkołach. Nie uda mi się wyjaśnić tutaj wszystkich kwestii, jednakże mam nadzieję, że będzie to zaczątek do głębszej dyskusji na ten temat i prowokacja do zadania jeszcze wielu pytań.

Fakt: proces jest złożony. 

Kiedy mam przyjemność czytać statuty różnych szkół (a przyjemność mam często, bo to główne moje zajęcie) rozdziały dotyczące oceniania i oceniania zachowania zazwyczaj mają najwięcej błędów. Można je podzielić na dwie kategorie: albo statut zbyt ogólnie przedstawia zagadnienia, przez co jeżeli pojawia się jakaś sytuacja sporna na linii rodzic – uczeń – nauczyciel – dyrektor to nie mamy przepisów, na których możemy się oprzeć. Drugi rodzaj błędów, to błędy proceduralne i prawne. Złe nazewnictwo, zapisy niezgodne z prawem, itd. 

W przypadku oceny nauczyciel powinien najpierw rozpoznać poziom ucznia a dopiero potem ocenić jego “postępy edukacyjne”. Nauczyciele na początku każdego roku szkolnego sprawdzają ów poziom. W różny sposób. Tworząc diagnozy, obserwując. 

Kiedy ja, Anna Krause zostałam zatrudniona w nowej szkole i kompletnie nie znałam moich uczniów z którymi miałam pracować, okazało się, że test diagnostyczny bardzo mi w tym pomógł. Sporządzając raport (podsumowanie) tego testu dla każdej klasy mogłam się zorientować w mocnych i słabych stronach moich podopiecznych. Medal ma dwie strony więc teraz o tej drugiej: wrzesień dla nauczycieli to koszmar. Jest milion rzeczy do zrobienia. Nie będę ich wszystkich wymieniać, wiecie co mam na myśli. Nie wiadomo w co ręce włożyć. I teraz wyobraźcie sobie sytuację, gdzie ktoś ma przypuszczalnie pięć różnych klas w których musi zrobić taką diagnozę, niech będzie skromnie – tylko z dwóch przedmiotów (ja robiłam to z historii i wosu). Trochę matematyki:

5 klas x 25 uczniów = 125 uczniów

125 uczniów x 2 przedmioty = 250 testów

250 testów x 10 stron (licząc skromnie) = 2500 stron

Stron które trzeba skserować, oprawić, rozdać uczniom, sprawdzić i sporządzić raport. Do tego wyobraźmy sobie, że część uczniów nie przyjdzie na lekcję, bo np. zachoruje. Musimy z nimi ten test przeprowadzić podczas zwykłej lekcji. Bujamy się więc z takimi diagnozami przez cały miesiąc. 

To nie jest tak, że ja próbuję kogoś zniechęcić. Albo zachęcić. Musicie znaleźć swój sposób.

I teraz kwestia najtrudniejsza. Każdy uczeń jest na innym poziomie, każdy jest dobry w innej dziedzinie, albo chociażby w innej kwestii z tego samego przedmiotu i My (nauczyciele) musimy ustalić na jakim pułapie jest uczeń i ocenić go pod względem nabytych umiejętności.  Trochę jak trampolina w której najniższy poziom do ocena niedostateczna a najwyższy to ocena celująca. Tylko że każdy uczeń ma inną trampolinę. Każda ma inną wysokość.

Dodatkowo w ustawie jasno i wyraźnie napisane jest że nauczyciel jest obowiązany indywidualizować pracę z uczniem odpowiednio do jego potrzeb rozwojowych i edukacyjnych oraz możliwości psychofizycznych. Więc jeżeli miałabym ocenić obiektywnie kwestię sprawiedliwości w kwestii ocen szkolnych to przekieruję to do działu “Utopii szkolnej” lub “Szklanych domów”.

A teraz wyobraźmy sobie szkołę bez ocen. Bez zastanawiania się czy Kowalski na pewno zasłużył na ocenę dobrą, i czy jeżeli postawimy Nowakowi ocenę dopuszczającą, bo co prawda nic nie robił przez cały rok na żadnym przedmiocie (no przecież wiemy), ale tylko babka z chemii i matematyki wystawiła mu ocenę niedostateczną, i nie chcemy zostać tym czarnym koniem, przez którego uczeń nie przejdzie z klasy do klasy.